Przez pierwsze dwa i pół roku Leożycia jazda z Nim samochodem
była możliwa jednie przy udziale dwóch doroslych osób:
kierowcy i kogoś, kto na tylnym siedzeniu obsługiwał
Leo i Leoaparaturę (pulsoksymetr, respirator, ssak).
Było to dla Leorodziny drastyczne ograniczenie mobilności i utrudnienie organizacyjne.

Na szczęście, późnym latem nastąpił przełom.
Leorodzice zrobili eksperyment i przerzucili Leosprzęt na przednie siedzenie,
podczas gdy Leo został z tyłu, na stałe podłączony do leżących z przodu maszyn.
Dzięki temu liczba dorosłych w samochodzie się zredukowała,
gdyż kierowca mógł mieć na oku sprzęt i Leoparametry.
Sposób zadziałał, aczkolwiek pierwsze doświadczenia były ekstremalne.

Otóż.
Okazało się, że pulsoksymetr jest wyposażony w specjalny sensor,
wyczuwający najniebezpieczniejsze skrzyżowania i za każdym razem reaguje alarmem.
W taki sam czujnik wyposażony jest Leo.
Gdy tylko Leosamochód (w godzinach szczytu) wjeżdża na rondo Dmowskiego,
Plac Zawiszy, albo skrzyżowanie Wołoskiej i Domaniewskiej Leo...odłącza się od respiratora.
W rezultacie, gdy z jednej strony prosto na Leosamochód pędzi tramwaj,
z drugiej tir, z trzeciej autobus, z czwartej wóz strażacki
a z piątej pijany kark w sportowym wozie - wyją wszystkie możliwe alarmy,
a pulsoksymetr informuje, że Leo nie oddycha a Jego serce przestało bić.

Pierwsza taka sytuacja była nie do zniesienia.
Leomama stanęła przed wyborem:
co wolisz? udusić własne dziecko, czy spowodować karambol???
I wtedy nastąpoiło olśnienie.
Opcja trzecia.
Leomama powiedziała spokojnie:
- Leo, podłącz się do respiratora i popraw sobie czujnik na paluszku.
A Leo grzecznie wykonał oba polecenia.

Niech już zawsze wszystkie problemy rozwiązują się w tak cudowny sposób.

Screenshot 2014-03-10 11.41.40

Anna Reinert, Road 3, 2003